piątek, 4 października 2013

Rozdział III (MbT)


Rozdział III

Czyjaś ręką chwyciła za kierownicę i zakręciła nią tak, że van obrócił się o 180 stopni. Puściłam pedał gazu. Nacisnęłam hamulec.
Zauważyłam te znajome szare tęczówki wpatrujące się we mnie. 
- Żyjesz? - spytała melodyjnym głosem Claudine.
- A jaka jest twoja definicja życia*? - odpowiedziałam pytaniem. - Jeśli pod pojęciem życie masz na myśli to, że chodzę, oddycham i jako tako rozumuję - to tak.
- Nie oczekiwałam więcej. - kiwnęła głową. Kątem oka zauważyłam, że nic już nie przykrywało rudej czupryny.
- Gdzie teraz? - próbowałam ustawić auto na prawidłowy pas.
- Do fryzjera. - bardziej spytała niż stwierdziła.
Zdecydowała się na farbowanie? Uhh może coś z niej wyjdzie.

Poprawiłam lusterko i położyłam dłonie na kierownicy.
- Nie sądzę. - powiedziała Martha chichocząc. - To ja tu jestem kierowcą.
Zamachała mi przed twarzą pękiem kluczy, które nie tak dawno były w stacyjce. 
- Ale jak ty to...? - próbowałam sobie przypomnieć moment kiedy Claudine sięgała po nie. Nic mi nie świtało. 
- Magia. - mrugnęła i przegoniła mnie ręką. Niechętnie wygramoliłam się z wozu i obeszłam go dookoła otwierając drzwi pasażera. 
- Mówiłam ci już, że cię nienawidzę? - spytałam obserwując ją moim poważnym spojrzeniem.
Zaśmiała się głośno i szczerze, chyba to jej pierwszy raz odkąd mnie spotkała. 
- Nie, ale zawsze możesz to nadrobić. - odpaliła silnik i ruszyła. Jej jeździe akompaniował pisk opon zlewający się w jedno z moim.
Zapięłam pasy. Moje dresy były całe podarte i ubłocone, a biała bluzka zmieniła kolor na siwy od kurzu.
Powinnam spakować więcej ciuchów. 
Droga wydawała się nieskończenie długa i nudna. Wszystko było takie samo. Scenerie niezbyt się od siebie różniły. Każde mijane drzewo było wysokie i nudne. Każdy kamień szary i duży, i nudny. 
Pogrążyły mnie rozmyślania nad tym co by było gdybym nie uciekła, gdybym stawiła czoła przeznaczeniu i oddała się w ręce wampirów. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Może niektórzy je lubią, ale mnie zbytnio nie pociąga myśl o dotykaniu kogoś martwego, a w dodatku zimnego. Brrr. Wolałabym już leżeć sześć stóp pod ziemią.
Claudine zjechała na parking małego baru "Pod urwanym łbem". Co za idiota wymyśla te nazwy. Westchnęłam teatralnie i przekroczyłam próg. Wystrój nie różnił się od innych barów z nazwą zaczynającą się na "Pod...". Drewniane ławki przy drewnianych stołach. Lada z cegły i powywieszane głowy jeleni oraz dzików na ścianach. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, ale nie byłam głodna. Moja towarzyszka zmusiła mnie do posiłku i zamówiła dla nas dwie pieczenie z frytkami. 
Siedziałyśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Przypomniałam sobie Adriana. Był skupiony i zacięty, ale kiedy zauważył mnie coś w nim drgnęło. Widziałam to, ponieważ nie mogłam oderwać wzroku od jego białej jak kreda twarzy. Pamiętałam jak na początku wakacji powiedział mi, że z nami koniec, że musi odejść. Zapytałam się go czy się wyprowadza, odpowiedział mi jedynie...
- Wszystko w porządku? - Claudine odezwała się i wszystko prysnęło. Spojrzałam na nią zdziwiona, a potem przypomniałam sobie kim jest.
- Tak. - odpowiedziałam spoglądając w dół. Frytki leżały na talerzu. Nie tknięte. Wzięłam jedną do ręki i kręciłam nią w ketchupie.
- Widzę, że coś cię dręczy. - dotknęła moją dłoń w pocieszającym geście. Uniosłam na nią spojrzenie i zmusiłam się do uśmiechu. 
- Nie, wszystko ok. - próbowałam ją przekonać. - Naprawdę.
Wiedziałam, że mi nie uwierzyła, ale milczała. Lepsze to niż nic. Wsadziłam czerwoną frytkę do ust. Skrzywiłam się. Za dużo ketchupu. Resztę pokrojonych i usmażonych ziemniaków zjadłam w ciszy. Pokroiłam pieczeń na połowę, a następnie jedną z jej połówek na ćwiartki. Wsadziłam do ust kawałek i żułam. Po połknięciu mięsa wzięłam łyk coli. Powtórzyłam ten schemat kilka razy, aż wreszcie talerz został pusty.
Claudine uśmiechnęła się.
- Od razu wyglądasz lepiej. Nabrałaś rumieńców. - wstała i udała się do toalety. Zauważyłam kluczyki na stole, sięgnęłam po nie i schowałam w kieszonce dresów. 
Kiedy ujrzałam czarną czuprynę od razu się uśmiechnęłam.
- Co jest? - spytała. - Mam coś na twarzy? - sięgnęła dłonią do nosa i próbowała wymacać pryszcza.
- Nie, nie masz. - zapewniłam ją. - Chodźmy do auta. Nie mam zamiaru marnować cennego dnia.
Towarzyszka przytaknęła mi i ruszyłyśmy do wozu. 
Szłam z przodu, a ona wlokła się za mną. Nagle przytuliła mnie od tyłu.
- Jesteś dla mnie ważna, ufam ci. - szepnęła i oderwała się ode mnie. - Ale nie na tyle aby pozwolić ci prowadzić. - mrugnęła i pokazała kluczyki, które wyciągnęła mi z kieszeni podczas uścisku. 
- Jesteś jak lis. Ruda i cwana. Nienawidzę cię.
Zaśmiała się perliście i ruszyła.
I znów sceneria się powtarzała. Drzewa, kamienie, krzaki, zakręty, drzewa, kamienie, zakręty, zakręty. Uchyliłam szybę. 
Przy drodze stała dziewczyna. Kogoś mi przypominała. Już z pewnością widziałam te falujące czarne włosy i pewną siebie postawę. Miała na oko około 19 lat.
- Stój. - powiedziałam cicho, ale to wystarczyło, aby Claudine usłyszała i zatrzymała pojazd.
Autostopowiczka podeszła do szyby.
- Dziękuję, dziękuję tak bardzo, że się zatrzymałyście. Nie wiedziałabym co zrobić. Gonią mnie. - w tym momencie jej wzrok utkwił na moich oczach. Bam. Rozpoznałam ją. Już wiedziałam u kogo widziałam tą postawę. U siebie.
Wysiadłam z wozu i wrzuciłam do tyłu brązową torbę, koło której stała. 
- Wsiadaj. - powiedziałam. Kiwnęła mi głową i usadowiła się na tylnym siedzeniu.
Claudine ruszyła, w lusterku zauważyłam jej pytające spojrzenie. Pokręciłam głową próbując przekazać jej by nie drążyła tematu. Nie posłuchała. Jak zwykle.
- A więc, jak masz na imię? - zapytała niewinnym tonem, chciałam ją udusić.
- Hmm? Ah, tak. Imię. Tak długo go nie używałam. - westchnęła smętnie, a moje serce ścisnęło się. Chciałam ją przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze. Ale nie będzie dobrze, będzie coraz gorzej. - Ale sądzę, że było to Kristine.
- Kathlyn. -poprawiłam przygryzając naskórek prawego kciuka i nie odwracając wzroku z drogi. - Masz na imię Kathlyn McKlein. 
- Skąd je znasz? - w tym pytaniu słychać było lekkie wahanie. Jakby próbowała sobie mnie przypomnieć i nie wiedziała czy tego chce. Claudine przysłuchiwała się temu w milczeniu. 
- To już nieistotne. Jestem kimś innym. Znałam cię. To znaczy myślałam, że cię znam. Ale w nic już nie wierzę. To wszystko to wielkie kłamstwo. A ja nienawidzę kłamstw. - wrzuciłam w te słowa tyle jadu, że aż sama się zdziwiłam.
- Wybacz jej te nieuprzejmości. - powiedziała Claudine. - Możesz pokazać Alexii swoją rękę?
Zrozumiałam. Miałam sprawdzić, czy Kath nie ma znaku
Pod dotykiem jej miękkiej skóry łzy w moich oczach wezbrały. Dokładnie tak ją zapamiętałam. Życzliwą i uprzejmą. Jej włosy zawsze pachnęły brzoskwiniowym szamponem, a skóra była delikatna i pachniała truskawkami. Była I D E A L N A.
- Jak chcesz się teraz nazywać? - spytałam lekko. Chciałam aby została z nami i zostawiła przeszłość za sobą, tak jak ja. Abyśmy we trójkę stworzyły rodzinę. Siostry.
- Nie wiem. - zawstydziła się. - Nigdy nie sądziłam, że mogłabym zmienić imię.
- Może ci pomogę? - zaproponowałam.
- Chętnie przyjmę twoją pomoc. Nie mam zielonego pojęcia o imionach. 
Zaśmiałam się. Kłamała. W każde wakacje wymyślała jakie imię mogłaby nosić. Ja przysłuchiwałam się temu potakując co kilka słów i marząc abyśmy kiedyś wybrały się w podróż i już nie wróciły.
- Może po kimś bliskim? Czyje imię z twojej rodziny najbardziej ci się podobało?
- Jak miałam cztery lata moja mama urodziła dziecko, dziewczynkę. Rodzice chcieli, aby jego płeć była niespodzianką, więc nie szykowali imienia. W końcu aby mnie uszczęśliwić zapytali mnie o zdanie. Powiedziałam, że Jean. Sądzę, że powinnam nazywać się Jean. Po mojej siostrzyczce. - spojrzała w szybę, a ja poczułam gulę w gardle. - Była dla mnie całym światem, opiekowałam się nią gdy była chora, brałam na spacery. Ale straciłam z nią kontakt. Pewnie to już przebolała i wciąż żyje szczęśliwym życiem, beze mnie.
Claudine była bystra, od razu zrozumiała, że Kathlyn opowiadała o mnie. Nie zadawała pytań. Nic nie mówiła. Chciałam ją za to ucałować. 
Wiedziałam, że muszę to powiedzieć, muszę jej zdradzić kim jestem. 
Samotna łza poleciała po policzku Kathlyn. Nie, Jean.
- Kochanie. - wytarłam wodę z jej twarzy. - Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale z pewnością nie to, że żyję szczęśliwie.
Ze stoickim spokojem obserwowałam zmiany na jej twarzy.
Szok, niedowierzanie, ból, radość, znowu szok.
- Jean? - spytała ostrożnie, jakby ze strachu, że zaraz się rozpadnę.
- Nie, nie jestem już Jean. Byłam nią, kiedyś. Zanim dowiedziałam się, co mama ze mną zrobiła. Teraz jestem Alexia. Moje imię przypadło tobie. - czułam, że w moim sercu pojawia się dziura, która boli, jednak ciągnęłam to. - Powinnaś zapomnieć o przeszłości, o nas. Obie się zmieniłyśmy i nie powinnyśmy udawać, że nie.
Spojrzała na mnie bystrym spojrzeniem i podała mi rękę.
- Cześć, jestem Jean. - uśmiechnęła się szeroko. Był to sztuczny uśmiech. W jej oczach widziałam ból.
- A ja Alexia. - odpowiedziałam. - A ten potwór tu to Claudine. - złapałam za dłoń byłej siostry. - Witaj na pokładzie.

__________
Na razie gotowych i czekających na wrzucenie rozdziałów mam tylko XI na XXIV planowane, więc pewnego piątku rozdział może się nie pojawić.

2 komentarze:

  1. Bardzo zainteresowało mnie jak może wyglądać truskawkowa i delikatna skóra, ktoś ma może jakiś pomysł?
    :-)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej mi chodziło o zapach truskawki :p

      Usuń